Kolejny piękny i słoneczny dzień w Tel Awiwie!
Nasi instruktorzy, realizują działania medyczne na dyżurze dziennym (8 godzin - od 7:00 do 15:00) w ambulansach Magen David Adom w Tel Awiwie. Jest to ważna część naszego szkolenia - możemy sprawdzić jak działają standardy i procedury, które poznaliśmy w teorii. Każdy z nas czekał na ten dyżur i każdy ma własne oczekiwania co do jego przebiegu. Część z nas postanowiła podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami. Oto relacje z ich dyżurów.


MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach

lek. med. TOMASZ SKALEC - MICU (MOBILE INTENSIVE CARE UNIT) – zespół w standardzie ALS

Lokalizacja podstacji w Jaffo (w antycznej dzielnicy Tel Awiwu, dzielnicy trzech wyznań i licznych kultur) jest bardzo ciekawa. Piękny krajobraz, bo tuż nad Morzem Śródziemnym, a wąskie uliczki i architektura dodają smaku całej wyprawie.

Zacznę może od tego co najbliższe skórze. Mundur, można powiedzieć, ze „very smart outfit”. Biała koszula z pagonami, jednoznaczna identyfikacja z MDA i szacunek, który niesie ze sobą ten znak. Społeczna akceptacja działań ZRM (Zespół Ratownictwa Medycznego), uśmiech na twarzy u przygodnych ludzi, bez złośliwości i agresji. Można powiedzieć „szacunek na dzielnicy”. Pierwsze co się rzuca w oczy to spokojnie, spokojnie... Pierwsze wezwanie: „Hummus, my friend!” - Przecież bez śniadania nie pojedziemy. Wybraliśmy się do najlepszego baru w Tel Awiwie. Zakupiliśmy porcje dla każdego i pojechaliśmy... Na plażę!!! Tak, nie pomyliłem się, plaża. Dlaczego, pytam kolegę po fachu z MDA. Odpowiedź jest prosta – „i tak nas znajdą, mamy GPS, telefony, wszyscy wiedzą gdzie jesteśmy”. Kilka rundek po rejonie i udaliśmy się na podstację - podstację na miarę naszych potrzeb, a nie możliwości. Zainteresowanych odsyłam do obowiązkowej pozycji w polskiej kinematografii, a mianowicie filmu „MIŚ”.

Pierwsze wezwanie: „SOV?” Jeszcze raz pytam – „SOV?” Skrót enigmatyczny, myślę sobie „SUICIDER IN VEHICULE” (przyp. autora - zamachowiec w pojeździe), czyli będzie się działo. Jedziemy na sygnałach (dźwięk i światło), ale cóż to, bez specjalnej „spiny”. Dlaczego? BO TO NIEBEZPIECZNE JEST, odpowiada kolega Avi, kierowca. W sumie ma dużo racji. Jazda w tym kraju stanowi pewnego rodzaju sport ekstremalny. Jednak, ad rem. Nie było zamachowca, tylko pani z dusznością. Tyle o opisach medycznych. Mają procedury, których się trzymają i niech już tak będzie. Nie jestem od ich oceny.

Ok, może trochę o obowiązkach zespołu. Pierwszym jest sprawdzenie stanu pojazdu. Każdy ma swoja działkę, która musi odhaczyć na liście. Kierowca swoje, ratownik swoje. Daty ważności i ilości leków na pokładzie. Nikt nie robi magazynu z MICU, jest on do szczytniejszych celów. Ma być 5 ampułek, to nie 4 , ani 7 tylko 5. Proste? Bardzo proste. Czemu nie u nas? Też nie jestem od tego, żeby to oceniać. Z ciekawych rozwiązań, które udało się podejrzeć, to po pierwsze CPAP. Dla pacjentów, którzy jeszcze nie wymagają intubacji, a już nie potrafią sobie do końca sami poradzić. Według naszego opiekuna, Daniela, udowodnione w badaniach. Zwiększa szanse na przeżycie takich pacjentów – trzeba będzie sprawdzić w PubMedzie. Innym sprytnym „patentem” jest strzykawka do nabierania leków z nałożoną igłą. Po co? Po to, żeby nie szukać wszystkich części po kolei, tylko na spokojnie i skutecznie - zgodnie z zasadą, którą poznaliśmy w pierwszy dzień szkolenia: „nie próbuj opanować chaosu, pracuj w nim”. Takie dwie małe rzeczy, ale jak cieszą!

Dzisiejszy dyżur w MICU oceniam na 6 w skali do 5. Móc podglądać jak pracują inni, zawsze pozwala spojrzeć na swoją pracę z innej perspektywy. Zawsze rób to, co sprawia ci satysfakcję, nie ważne czy w Magen David Adom, czy innym Pogotowiu Ratunkowym.


MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach

Ratownik medyczny MICHAŁ KACZMARZYK - MICU – zespół w standardzie BLS

Dniówka należy do najprzyjemniejszych dyżurów. Podstacja Jaffa ma swoją jedną tradycję - każdy dzień ratownicy MDA zaczynają od wspólnego śniadania na plaży w postaci najlepszego humusu w Izraelu. Po sycącym posiłku na tej spokojnej dzielnicy, powoli zaczęło się wszystko budzić do życia.

Pierwsze wezwanie - do 90 letniej pani z osłabieniem i zawrotami głowy. W momencie podjazdu na miejsce, informacja z dyspozytorni o odwołaniu wezwania i przekazanie następnego – samobójca. Krótka akcja - jedna rozmowa z niedoszłym straceńcem i sprawa rozwiązana, przecież nikt nie chce płacić 400 szekli... Tak, nieuzasadnione wezwanie karetki to koszt od 400 do 600 szekli. MDA załatwia wszystko od ręki i pani jedzie do domu w policyjnym samochodzie.

Przyspieszając tempo dyżuru, następnym naszym celem jest osoba bezdomna. Pan lat 50, spokojnie drzemie na ostatnim piętrze bloku. Odmowa udzielenia pomocy i znowu eskorta policji. Tutaj policja i MDA świetnie ze sobą współpracują i naprawdę dobrze się dogadują. Pierwsza wizyta na podstacji nie napawa optymizmem - dwupokojowe pomieszczenie w niskim standardzie, ale długo nie cieszymy się spokojem. Krótka wymiana zdań z doktorem i chłopakami z ALS i od razu wezwanie do wypadku samochodowego. Na miejscu – uwaga, niespodzianka: brak wypadku. Niestety tutaj to normalne, bo policja wzywa MDA automatycznie, do każdego przypadku. Często zdarza się, że zanim służby dojadą, jest już dawno po wszystkim. Może to się wydawać dziwne, ale sami poszkodowani często wzywają MDA i nie wiadomo czemu, jak tylko widzą karetkę potrafią zrezygnować z otrzymania pomocy. Taki był nasz następny wyjazd - pacjent spokojnie dopalił papierosa i sobie najzwyklej poszedł...

Kolejny przypadek to najważniejsza chwila dyżuru, czyli wyjazd do bólu w klatce piersiowej, niestety niekardiologicznego, ale zawsze coś. Tutaj muszę pochwalić naszego EMT, który wykonał pełne badanie w całym zakresie jaki był możliwy - zabraliśmy pacjenta i zawieźliśmy go do szpitala. Szpital - u nas, w Polsce ten budynek nie ma miłych skojarzeń zarówno u pacjentów, jak i u ratowników. W Izraelu wygląda to zgoła inaczej. Od razu, na wjeździe - kontrola sytuacji przez ochronę, czy nie mamy bomby albo czy nie potrzebujemy pomocy z agresywnym pacjentem. Po zaparkowaniu wjeżdżamy na SOR i pora na kolejne zaskoczenie - nie rejestrujemy pacjenta, nie uzupełniamy ręcznie dokumentów, nie zdajemy pacjenta lekarzowi! Wszystko jest w systemie, ponieważ ratownicy w karetce MDA uzupełniają wszystko poprzez tablet z bezpośrednim łączem z dyspozytornią oraz szpitalem! Do nas należy jedynie przełożenie pacjenta, wysłanie notki poprzez komputer i napicie się kawy :) To jest największa zaleta systemu. Całe ratownictwo bazuje na jednym rozwiązaniu więc informacje o każdym zdarzeniu rozchodzą się bardzo szybko i trafiają w odpowiednie miejsca, tak aby nikt nie musiał uprawiać zbędnej „papierologii”.

Jeśli miałbym wymienić zalety systemu izraelskiego to na pewno jest to własnie przesył informacji do szpitala i zdawanie pacjenta – to element usprawniający całą pracę i przyspieszający gotowość karetek do następnego działania. Rozmawiając z naszym EMT zapytałem go wprost, gdzie widzi największy problem MDA? Od razu odpowiedział - brak odpowiedzialności na szczeblu dowódczym i słabe przeszkolenie niepełnoletniej części MDA, która dopiero wykonuje swój pierwszy staż. Całość jednak zdecydowanie na plus, włączając w to atmosferę w zespole i odpowiednie morale podczas pełnienia służby.


MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach
MDA - dyżury w ambulansach

Ratownik Medyczny/Funkcjonariusz PSP Kamil Kędzierski – MICU – zespół w standardzie ALS

Miałem okazję być członkiem zespołu MICU – Mobile Intensive Care Unit. Oprócz mnie w ambulansie był paramedyk/kierowca (czyli ratownik medyczny), nasza śliczna kierowniczka zespołu – również paramedyk oraz student, który za miesiąc również będzie paramedykiem tyle, że w izraelskiej armii. Zmianę zaczęliśmy od bardzo dokładnego sprawdzenia ambulansu. Tutaj nie ma możliwości, że cos nie będzie się zgadzało z check-listą. Jeśli jest napisane, że jakiegoś leku ma być określona ilość to dokładnie tyle ampułek znajdzie się na pokładzie. Każdy sprzęt jest dokładnie sprawdzany. Trwa to około 30-40 minut.

Dosłownie parę sekund po przygotowaniu karetki usłyszałem wymarzone: „Come on Kamil, we have to go”. Jakież było moje zdziwienie gdy pojechaliśmy do kawiarni na śniadanie… To jest tutaj normalne, że początek pracy rozpoczyna się śniadaniem. ZAWSZE! Jedyną rzeczą, która może przerwać śniadanie jest oczywiście wyjazd. Posileni pojechaliśmy dalej (może w końcu wyjazd? Było już po 9…). Ależ skąd, tym razem wypoczynek na plaży. Musiałem mieć niezłą minę, bo moi towarzysze zaczęli mnie wypytywać co my robimy w wolnym czasie w pracy. Wolnym czasie? Jakim wolnym czasie? Przecież my ciągle jeździmy! Nasza szefowa popatrzyła na mnie jak na kosmitę i zapytała tylko: "Really?"

Nasze rozważania nie trwały długo, bo oto, w końcu przyszło pierwsze wezwanie - do potwierdzenia zgonu. Okazało się, że zespół BLS był już na miejscu, ale niestety nie mając kompetencji do orzekania o śmierci poszkodowanego, musiał wezwać zespół ALS. Zabraliśmy cały sprzęt i poszliśmy pod wskazany adres. Na miejscu faktycznie, ewidentny zgon. Wydrukowaliśmy potwierdzające EKG, wypełniliśmy stosowne dokumenty i pojechaliśmy dalej. Parę minut później dostaliśmy kolejne wezwanie – stan po omdleniu, ból w klatce piersiowej. No to jedziemy na drugi koniec miasta! Na miejscu pani narodowości arabskiej, w regionalnym ubraniu (jak przy takim stroju zrobić EKG?). Pomimo drobnych kłopotów językowych udało się dowiedzieć, że ból trwa już 10 minut i pojawił się nagle, dodatkowo osoba była spocona i kręciło się jej w głowie. Parametry życiowe w normie, jednak 12-odprowadzeniowe EKG pokazało nam LBBB. Wkłucie, aspiryna, nitro, monitoring i pędzimy do szpitala. W szpitalu kolejny szok: zdawanie pacjentki trwało 3 minuty! Żadnych papierów, kłótni, dyskusji. Skoro paramedyk zadecydował, że potrzebuje leczenia, to znaczy, że tak jest. A wszystkie informacje już od dawna są w komputerze, więc nie ma potrzeby tracić czasu na zbędne pytania. Po zdaniu pacjentki, chwila relaksu i spokojne uzupełnienie sprzętu, sprzątanie i przygotowanie do następnego wyjazdu. Oprócz tego obowiązkowa wizyta w tzw. „rest room’ie” gdzie można się napić kawy, herbaty, soku, albo zjeść kanapkę.

Kolejny wyjazd to znowu „złe samopoczucie i kłucie w sercu”. No to pędzimy. W domu u sympatycznego pana spokojnie, bez nerwów, a małżonka naszego pacjenta nawet chciała nas czymś poczęstować. Nie mieliśmy na to czasu, gdyż na zrobionym EKG widniały uniesienia odcinka ST od V1 do V6. Procedura podobna jak ostatnio, tyle że transport do pracowni hemodynamiki i podanie heparyny. W szpitalu znowu minimalna ilość czasu przy odbiorze pacjenta i przerwa na kawę.

Ledwo ruszyliśmy spod szpitala i znów wezwanie, tym razem do złego samopoczucia na ulicy. Z racji tego, że wcześniej nie było wolnego ambulansu to w drodze był już First Responder. W trakcie dojazdu dostaliśmy informację, że doszło do NZK i trwa resuscytacja. Nasz dojazd trwał około 6-8 minut, ale cały czas na miejscu była prowadzona resuscytacja przez medyka-wolontariusza. Miałem okazję przekonać się, że nawet podczas tak dramatycznej sytuacji wszyscy zachowują spokój i przestrzegają procedur. Zmienialiśmy się podczas resuscytacji co 2 minuty, wszystkie decyzje kierowniczki zespołu były wykonywane i potwierdzane głośno, tak aby każdy wiedział co się dzieje. Poszkodowany miał chwilowe migotanie komór, a chwile później PEA i asystolię. Po około 30 minutach padła decyzja o zaprzestaniu prowadzenia resuscytacji. Miałem okazję założyć jedno z wkłuć oraz prowadzić uciśnięcia klatki piersiowej i powiem szczerze, że w tych warunkach pogodowych (ponad 30 stopni) to mocno wyczerpująca czynność!

Dalsza część dyżuru przebiegła w spokoju. Zdaliśmy naszą zmianę około 14:30 i pozostało mi czekać na ekipy BLS’owe, które jeszcze nie zjechały na podstację. Jednak chwilę przed 15 zespół nocny namówił mnie na jeszcze jeden wyjazd. Korzystając z okazji, że moich kolegów jeszcze nie było, zabrałem się z zespołem - wyjazd do „utraty przytomności w wyniku upadku ze schodów”. Na miejscu zastaliśmy poszkodowanego rozbitą głowa, przeprowadziliśmy szybki ITLS i wróciłem po godzinie 15 na podstację. Moje wrażenia z dyżuru to przede wszystkim dużo szczęścia do ciekawych wyjazdów i bardzo dobry zespół, który oprócz świetnego wyszkolenia, chętnie dzielił się wiedzą i doświadczeniem. Można szczerze zazdrościć tego, w jakich warunkach pracują i mieć nadzieję, że u nas Polce, też będziemy mogli w przyszłości pochwalić się tak zorganizowaną służbą medyczną.

Kalendarz kursów CRS TRIAGE
Array

Współpraca

rmPaństwowe Ratownictwo Medyczne
CRS TRIAGECentrum Ratownictwa Specjalistycznego
Logo delphinusDelphinus Sport Promotion
toyota-nowakowski TOYOTA Nowakowski